Co robi snowboardzista w Maroko?

20 Wrz

Treningi indywidualne, zgrupowania Kadry Polski, codzienne życie sportowca – mimo, że z boku czasem wygląda to jak zabawa, zawsze daję z siebie 100%, co wiąże się nie tylko z wysiłkiem fizycznym, ale także psychicznym. Przyszedł zatem czas na upragnione wakacje! Co prawda moim ukochanym klimatem jest zima, ale tym razem wylądowałem w Maroko. Dlaczego? Sprawdźcie krótki wpis.

Na wakacjach, prawdziwych wakacjach, nie byłem chyba z 10 lat. W tym roku, również za namową mojej dziewczyny, postanowiłem to zmienić. Urlop zacząłem zatem w Krakowie, gdzie o godzinie 7.45 miałem bezpośredni wylot do Marrakeszu.  Na miejscu wylądowałem ok. godziny 11.30 polskiego czasu. Muszę powiedzieć, że zaraz po wyjściu z samolotu byłem w szoku – lotnisko bardzo ładne wręcz przepięknie! Przywitały nas palmy! Mega zajawa.

Z Marrakeszu wyruszyliśmy do As-Sawiry, do której jechaliśmy delikatnie ponad 4 godziny. Szok straszny, bo po wspaniałych pierwszych wrażeniach, tutaj przywitał nas syf na dworcu oraz upierdliwi ludzie, którzy zaczepiali nas na każdym kroku, próbując wcisnąć podróby okularów lub lokalne dywany. Wszystko spoko, ale dla Lotnika mogli chociaż postarać się o te latające:)

Udało się nam jednak przebrnąć przez ulice miasta i zameldowaliśmy się w hotelu, a dokładnie w domu znalezionym na Airbnb.

Głównym cel wycieczki był surfing. Kolejnego dnia wybraliśmy zatem się do szkoły surfingu, by wziąć swoje pierwsze w życiu lekcje surfingu. Od początku byłem mega zajawiony, ale muszę przyznać, że nie zdawałem sobie sprawy z tego, jaki to ciężki sport. Na pewno jeszcze nie raz w życiu spróbuję, ale póki co zdecydowanie lepiej wychodzi mi snowboarding, a latem wolę pobawić się na wake’u.

Oczywiście nie obeszło się także bez turystyki. Były wycieczki na wielbłądzie (był przerażony bo arab, który z nami był, zabrał nas w ruiny jakiegoś domu). Sam się trochę się bałem, bo nigdy nic nie wiadomo z takimi akcjami. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło:)

Po 4 dniach w As-Sawira, wróciliśmy do Marrakeszu, aby zobaczyć zaklinaczy węży oraz legendarny targ, na którym było dosłownie wszystko! Najstarsi marokańczycy, tak zwany legendziaże, opowiadali różne historie. Było ciekawie, dużo fajnych rzeczy można zobaczyć.

Kolejnego dnia znaleźliśmy na Internecie jeden jedyny (!) wakepark w całym Maroko. Pojechaliśmy tam taksówka ok 30 min. Była naprawdę bomba! Porównując do zgiełku miasta, gdzie ulice są pełne syfu, do naprawdę zajebistego kurortu – zupełnie inny świat! Malina zafascynowana tym miejscem, spróbowała nawet sił na wake’u.

Wyciąg – 6 słupów, na środku wyspa z palmami, idealne miejsce na chilling. Spędziliśmy tam cały dzień i trochę żałuję, że nie pojawiłem się tam wcześniej. Dobrze było przypomnieć sobie, jak się pływa, choć człowiek i tak już tęskni za śniegiem.

Prawdę mówiąc z jednej strony jestem mega zajarany tą wycieczką, z z drugiej natomiast – zniesmaczony ludźmi i ich nadgorliwością. Codziennie dostawałem najpierw propozycję jarania haszu, a później pytania, czy go przypadkiem nie mam na sprzedaż. Na początku to było śmieszne, ale później już bardzo irytujące.

Po tygodniu wakacji, poniedziałkowy powrót do kraju i szybki mecz hokeja w amatorskiej ligi (wygrana 5:2!)

Piasek spoko, woda spoko, lód też. Ale tak naprawdę – do zobaczenia na śniegu!

2 thoughts on “Co robi snowboardzista w Maroko?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *